Literatura XIX i XX

Literatura XIX w.

 

AUTOR TYTUŁ ROK POWSTANIA
Jan Hłasko "Skon Jana Hłaski" 1882r.
Aleksander Sochaczewski "Pożegnanie Europy ----
Ignacy Dygas ,,Wspomnienia Chłopca-Powstańca” 1913r.
Rufin Piotrowski ,,Pamiętnik z pobytu na Syberii” 1860-1861r.
Juliusz Słowacki ,,Tajemne zmowy” 1812r.
Wacław Sieroszewski ,,Śmiałe zamiary” ----
J. Kopcia ,,Dziennik podróży przez calą wzdłuż Azję” 1837r.
Ewa Felińska ,,Wspomnienie z podróży do Syberii” 1850-1853r.
Rufin Piotrowski ,,Dziennik podróży po stępach Kazachskich” 1846r.
E.Januszewicz ,,Żywot Adolfa” 1861r.
E.Januszewicz ,,List zesłańca polistopadowego” 1846r.
A.Jabłoński ,,Dziesięć lat niewoli Moskiewskiej” 1867r.
A. Giller ,,Zbiór artykułów z wygnania” 1867r.
A. Giller ,,Podróż więźnia etapami do Syberii” 1854r.
E. Maliszewski ,,Biografie pamiętników polskich” 1916r.
M. Janik ,,Dzieje Polaków na Syberii” ----
G. Zieliński ,,Samobójca” 1839r.
Wacław Sieroszewski ,,Dwadzieścia lat w kraju Jatutów” 1900r.
Stefan Garczyński ,,Grobowiec na granicach Syberii” 1832r.
Adam Mickiewicz ,,Dziady cz. III” 1832r.
Juliusz Słowacki ,,Anhelli” 1838r.
Kornel Ujejski ,,Do Moskali” 1862r.
Ignacy Krasicki ,,Ostatni” 1847r.


Juliusz Słowacki - Anhelli
1838r


ROZDZIAŁ I

Przyszli wygnańce na ziemię sybirską i obrawszy miejsce szerokie, zbudowali dom drewniany, aby zamieszkać razem w zgodzie i w miłości braterskiéj; było zaś ich około tysiąca ludzi z różnego stanu. A rząd dostarczył im niewiast, aby się żenili, albowiem dekret mówił, że posłani są na zaludnienie. Przez jakiś czas był pomiędzy niémi wielki porządek i wielki smutek, albowiem nie mogli zapomnieć, że są wygnańcami i że już nie zobaczą ojczyzny; chyba Bóg zechce... A gdy już zbudowali dom i każdy się zajął swoją pracą oprócz ludzi, którzy chcieli, aby je nazywano mądrymi, i zostawali w bezczynności mówiąc: Oto myślémy o zbawieniu ojczyzny; ujrzeli raz wielką gromadę ptaków czarnych lecącą z północy. Za ptakami zaś ukazał się obóz jakoby i tabór i sanie zaprzężone psami i trzoda renów z gałęzistemi rogami i ludzie na łyżwach niosący oszczepy; był to cały lud sybirski. Na czele zaś szedł król ludu a zarazem ksiądz, ubrany podług zwyczaju w futrach i w koralach, na głowie zaś miał wieniec z wężów nieżywych zamiast korony. Więc mocarz ów przybliżywszy się do gromady wygnańców przemówił językiem ich ziemi: Witajcie! Oto ja znałem ojców waszych także nieszczęśliwych i widziałem, jak żyli bogobojnie i umierali mówiąc: Ojczyzno! Ojczyzno! Więc chcę być przyjacielem waszym, i zrobić przymierze między wami a moim ludem, abyście byli w ziemi gościnnéj i w kraju dobrze życzących. A z ojców waszych już nie żyje żaden oprócz jednego, który jest już stary i mnie sprzyja; a mieszka stąd daleko w samotnéj chacie. Jeżeli chcecie, aby przyjaciel ojców waszych był przewodnikiem waszym, zostanę z wami i lud mój opuszczę; albowiem wy jesteście nieszczęśliwsi. Mówił jeszcze dłużej starzec ów i uszanowali go i zaprosili do swojej szopy. I zrobiono przymierze z ludem sybirskim, który się rozszedł i zamieszkał w swoich śnieżnych siołach; a król jego został z wygnańcami, aby je pocieszał. I dziwiono się mądrości jego; mówiąc: Oto jéj zapewnie od ojców naszych nabył, a słowa jego są od przodków naszych. Nazywano go zaś Szamanem, tak albowiem nazywa lud sybirski królów i księży swoich, którzy są czarownikami.
NOTATKA

Opowiada przybyciu tysiąca wygnańców na ziemię sybirską i po wybraniu dogodnego dla siebie miejsca zbudowali drewniany dom aby mieszkać razem w zgodzie. Rząd dał im kobiety by się żenili, a dekret mówił, że posłani są na zaludnienie. Przez jakiś czas panował tam wielki porządek i wielki smutek ponieważ nie mogli zapomnieć, że są wygnańcami i, że nie zobaczą ojczyzny. Gdy zbudowali dom, podzielili się na pracujących i mądrych, którzy będą siedzieć i myśleć jak wyzwolić ojczyznę. Nagle ujrzeli wielką gromadę czarnych ptaków lecących z północy, a za nimi lud sybirski. Na czele którego stał król ludu, który był księdzem. Na głowie zamiast korony miał wieniec z nieżywych wężów. Przybył by zawrzeć przymierze miedzy wami, a swoim ludem. Znał ich ojców w podobnej sytuacji, jeden nawet daleko stąd żyje. Zaprosili króla do siebie i nazwali go Szamanem, bo był królem i czarownikiem.
ROZDZIAŁ X

A oto wygnańcy owi w szopie śniegowéj, w niebytności Szamana kłócić się zaczęli pomiędzy sobą, i podzielili się na trzy gromady; a każda z nich myślała o zbawieniu ojczyzny! Więc pierwsza na czele miała grafa Skir, który utrzymywał stronę tych, co się przebiorą w kontusze i nazywać się będą szlachtą, jakby z Lechem na nowo przybyli do kraju pustego. A druga miała na czele żołnierza chudego, imieniem Skartabellę, który chciał ziemię podzielić i ogłosić wolność chłopów, i równość szlachty z Żydami i z Cyganami. A trzecia na czele swoim miała księdza Bonifata, który chciał kraj zbawić modlitwą i na ocalenie kraju podawał sposób jedyny, iść i ginąć nie broniąc się, jak męczennicy. Te więc trzy gromady zaczęły być między sobą niezgodne w duchu, i kłócić się poczęły o zasady. A oto druga owa gromada uzbroiwszy się w siekiery, wyszła w pole odgrażając się, że u pierwszych dowié się, jaka jest krew, drugim zaś da to, czego żądają: męczeństwo. Lecz nim przyszło do walki, a umysły już były rozgrzane, zgodzono się za poradą któregoś z tych, co był z trzeciej gromady, aby rzecz tę przez sąd Boga rozstrzygnąć. I rzekł do nich ów doradzca: Oto postawmy trzy krzyże na naśladownictwo męki Pana naszego, i na tych trzech drzewach przybijmy po jednemu z najmocniejszych w każdej gromadzie rycerzy; a kto najdłużéj żyć będzie, przy tym zwycięstwie. A że umysły tych ludzi były jakoby w stanie pijanym, znaleźli się trzej rycerze, którzy za swoje przekonanie śmierć ponieść chcieli i być ukrzyżowanymi, jako Chrystus Pan przed wiekami. Postawiono więc trzy krzyże z najwyższego, jakie było w tym kraju, drzewa, i wystąpili trzej męczennicy po jednemu z każdej gromady; wszakże nie wybrani losem, lecz z własnej woli. Nie byli to gromad wodzowie, lecz jedni z najmniejszych. Kiedy więc cieśle postawili krzyże na wysokiem wzgórzu śniegowém, odezwał się głos z nieba jakoby wicher, pytając: Co czynicie? lecz go ci ludzie nie przelękli się. I zawieszono na krzyżach ludzie owe obłąkane, i przybito im ręce ćwiekami; a ten, co był na prawo, krzyczał: Równość! - a ten, co był z lewéj, krzyczał: Krew! - wiszący zaś pośrodku mówił: Wiara! I tłumy stały w milczeniu pod krzyżami czekając, co się stanie, i tak je noc zastała na śniegu, a była wielka ciemność i okropne milczenie. Aż o północy zorza borealna rozciągnęła się na całej niebios połowicy, i ogniste wystrzeliły z niej miecze; a wszystko stało się czerwone i te krzyże z męczennikami. Wtenczas strach jakiś ogarnął tłumy i rzekły: Źle czyniémy! Godziż się, aby za nasze wiary ci ludzie ginęli niewinni? I przeraziły się zgraje mówiąc do siebie: Oto umierają i nie skarżą się. Rzekli więc do tych, co byli ukrzyżowani: Chcecie, a zdejmiemy Wras? lecz ci im nic nie odpowiedzieli, będąc już umarłymi. A poznawszy to rozbiegły się zgraje pełne przerażenia, a żaden z tych, co uciekali, nie odwrócił głowy, aby spojrzćć na martwe i umęczone. Zorza je czerwieniła, zostali sami. A właśnie wtenczas Szaman z Anhellim powracali z wędrówki podziemnéj, i zadziwili się postrzegłszy na ognistych niebiosach trzy czarne krzyże, i rzekli z przestrachem: Co się stało? A przyszedłszy bliżéj strwożyli się widząc na krzyżach ciała trupów, i poznali w nich swoje znajome; więc Szaman usiadłszy pod krzyżami płakał... A powstawszy rzekł do Anhellego: Oto mi duch Boży oznajmił winę tego ludu, i wiem, dlaczego tych ludzi ukrzyżowano; lecz ażeby ciała ich nie ucierpiały jakiej nowéj sromoty, zdejmiemy je i zaniesiemy na cmentarz. Niech mają spoczynek w ziemi, albowiem w dobréj wierze na śmierć się wydali, i nie będzie im to na potępienie, ale na zagładę grzechów. Krzyż je oczyścił. Tak mówiąc zdejmowali owe zmarzłe i skościałe na krzyżu, i przenosili je na dawne grobowisko wygnańców.
NOTATKA

Wygnańcy zaczęli się kłócić pomiędzy sobą i podzielili się na trzy gromady, a każda z nich myślała o zbawieniu ojczyzny. Na czele pierwszej grupy stał grafa Skir, który utrzymywał stronę szlachty. Druga grupa miała na czele chudego żołnierza Skartabellę, który chciał ziemię podzielić i ogłosić wolność chłopów oraz równość szlachty z Żydami i Cyganami. A trzecia grupa na swoim czele miała księdza Bonifata, który chciał zbawić kraj modlitwą. Uważał, że trzeba iść i ginąć nie broniąc się jako męczennicy. Tak więc gromady zaczęły ze sobą walczyć, ponieważ mieli różne poglądy i zasady. Aby nie walczyć postanowili, że sprawę rozsądzi Bóg. Postawili trzy krzyże i wybrali po jednym z najmocniejszych rycerzy z każdej gromady. Przybili ich do krzyży i ten który będzie żyć najdłużej, po tej stronie jest racja. W momencie gdy postawili krzyże na wysokim wzgórzu śniegowym, odezwał się głos z nieba, pytając: "Co czynicie?" lecz ludzie nie przestraszyli się. O północy czerwień zalała krzyże i wszyscy naraz umarli. Dopiero wtedy ludzie przestraszyli się i spostrzegli, że źle czynią, że za ich wiarę giną niewinni. Wrócił wówczas Anhelli z Szamanem i widząc co się stało Szaman usiadł pod krzyżem i zapłakał. Po chwili rzekł do Anhellego: "Oto mi duch boży oznajmił winę tego ludu i wiem, dlaczego tych ludzi ukrzyżowano, lecz ażeby ciała ich nie ucierpiały jakiej sromoty, zdejmiemy je i zaniesiemy na cmentarz." Tak więc zdjęli zamarzłe i skościałe ciała z krzyżów i przenieśli je na dawne grobowisko wygnańców.
ROZDZIAŁ XI

A gdy się zbliżali ku cmentarzowi, Anhelli usłyszał hymn skarżących się mogił, i jakoby skargę popiołów na Boga. Lecz skoro się jęki podniosły. Anioł siedzący na szczycie wzgórza skinął skrzydłami i uciszył je. I trzy razy to uczynił, albowiem po trzykroć rozpłakały się mogiły. I zapytał się Anhelli Szamana... co to za Anioł z białemi skrzydłami i ze smutną gwiazdą na włosach, przed którym ucichają grobowce? Lecz nic mu nie odpowiedział starzec: zasypywał bowiem śniegiem ciała umarłych i był zatrudniony. A przybliżywszy się Anhelli ku owemu Aniołowi, spojrzał na niego i upadł jak człowiek martwy. Skończywszy więc Szaman grzebanie umarłych, szukał go oczyma i nie widząc nigdzie szedł na wzgórze. A natrafiwszy ciało Anhellego spotknął się na nim, i krzyknął boleśnie; ale poznawszy, że młodzieniec żyje, ucieszył się. Wziął go zatem za rękę i rzekł: Wstań! nie jest jeszcze czas spoczynku. A powstawszy Anhelli, oglądał się wokoło i spuścił przed Szamanem głowę jak człowiek, co się wstydzi, mówiąc: Otom zobaczył Anioła podobnego téj niewieście, którą kochałem z całéj duszy mojéj będąc jeszcze dzieckiem. A miłowałem ją w czystości serca mego; dlatego łzy mię zalewają, kiedy myślę o niéj, i o mojéj młodości. Bo oto byłem przy niéj jak ptak swojski, co się boi; i nie wziąłem nawet pocałowania od jéj ust koralowych, choć byłem blisko; jak gołąb, mówię,, siedzący na ramieniu dziewczyny. Dziś już to snem jest. Oto szafirowe niebo i gwiazdy białe patrzą na mnie: sąż to gwiazdy te same, które mnie widziały młodym i szczęśliwym? Dlaczegoż nie powstanie wicher, co mię z ziemi zwieje i zaniesie w krainę cichą! dlaczego ja żyję? Oto już jednego wniosą nie ma na mojéj głowie z tych, które były dawniéj, oto się nawiet kości we mnie odnowiły, a ja zawsze pamiętam. A nie ma jednéj kawki w powietrzu, która by nie spała przez jedną noc życia w spokojnem gnieździe. Lecz o mnie Bóg zapomniał. Chciałbym umrzeć. Bo zdaje mi się, że gdy będę umarłym, to sam Bóg pożałuje tego, co ze mną uczynił, myśląc: że oto już nie narodzę się raz drugi. Wszak rodzić się nie jest to, co zmartwychwstawać; trumna nas odda, lecz nie spojrzy na nas jak matka. Oto mi więc smutno, że ujrzałem tego Anioła, i wolałbym był wczoraj umrzeć. A Szaman zapatrzywszy się w gwiazdy rzekł: Zaprawdę, że jak dawniéj wiele było opętanych przez czarty, tak dziś wielu jest opętanych przez czyste Anioły. Cóż zrobię! Oto wypędzę wszystkie te duchy z ciał, i pozwolę, aby weszły w lilije wodne, i rozleciały się po gwiazdach różanych, i zamieszkały w tem, co jest najpiękniejszego, -a opuściły ludzi. A wieszli, kto to jest ten Anioł smutny na cmentarzu? Oto się zowie Eloe, a urodził się ze łzy Chrystusowéj na Golgocie, z téj łzy, która wylana była nad narodami. Gdzie indziéj napisano jest o Anielicy téj i wnuczce Maryi Panny... jak zgrzeszyła ulitowawszy się nad męką ciemnych Cherubinów i umiłowała jednego z nich, i poleciała za nim w ciemność. A teraz jest wygnaną jak wy jesteście wygnani, i ukochała mogiły wasze i piastunką jest grobowców, mówiąc kościom: Nie skarżcie się, lecz spijcie! Ona odpędza reny, kiedy przyjdą mech wyciągać spod głowy trupów, ona jest pasterką renów. Przywyknij do niéj za życia, albowiem będzie na mogile twojéj stąpać przy blasku księżyca; przywyknij do głosu jéj, abyś się nie obudził, gdy mówić będzie. Zaprawdę, że dla tych, co są smutni, ta kraina piękną jest i nie bezludną; albowiem tu śnieg nie plami skrzydeł anielskich, a gwiazdy te są piękne. Tu przylatują mewy, i gnieżdżą się, i kochają się, nie myśląc, że jest jaka piękniejsza ojczyzna. Tak mówił i podniósł jedną z czaszek tych, które leżały odkryte; a w niéj było rodzeństwo małych ptasząt. I wyciągały główki przez miejsce, gdzie były oczy ludzkie, i pełna była płaczącéj troski kość śpiącego człowieka. A wziąwszy ją rozgniewany Anhelli, rzucił o ziemię mówiąc: Precz, kościele zhańbiony. A płomień z ziemi wyszedłszy stanął przed nim w kształcie jakoby ludzkim, i w ubraniu biskupiem z infułą i z krzyżem na głowie, a wszystko ogniste. I rzekł z wielką zgrozą: Oto przyszliście ruszać umarłe; czyż nie dosyć trupom wichry mieć nad sobą i zapomnienie? Ręce moje łamały hostiją, a teraz je wyciągnę nad wami i przeklnę mówiąc: Bądźcie przeklęci, burzyciele grobów. Azaż nie dosyć wycierpiałem na moim tronie, i na biskupim oparty pastorale, modląc się za kraj, który miał ginąć jak człowiek potępiony. Kiedy Kimbar wywołał Sybir i postawił go przed obliczem sejmu bladego, mówiąc: Oto jest krzyż. Nie poszedłemże na wygnanie ]'ak człowiek czysty? Któż mi co zarzuci i grobowi mojemu? Oto umarłem i zapomniano o mnie; czegóż więcéj chcecie od ludzi, co umarli? Widzicie tę białą ziemię, jam tu mieszkał; widzicie kości te ja żyłem z niemi. A to jest moja kość, ta kość spróchniała. Ludzie ją niegdyś szanowali, a dawniéj jeszcze całowała ją matka moja, a dzisiaj mewa w téj czaszce uwiła gniazdo i mieszka; dajcie wy pokój białemu ptakowi Boga. Ja znałem matkę jego matki, gdzież jest? gdzie są gile, które przylatywały ubierać róż girlandami suche drzewa Syberyi, abym sobie przypomniał jabłonie sadów moich w ziemi ojczystéj. Tak skarżył się - i przepraszał go Anhelli za obelgę kości jego mówiąc: Oto ja wkrótce przyjdę położyć się z wami, nie klnij mnie. Myślałem, że się smucisz za Wzgardę kości twojéj... jestże to świątynia pełna ptasiego wrzasku? Lecz niech tak będzie, jak się Bogu podobało. A nie powiem ci, co się stało z nazwiskiem rodu twojego, bo nie mógłbyś zasnąć, choć jesteś umarłym, i poszedłbyś jęcząc po świecie. A teraz przestań być latarnią grobu własnego, i zrzuć ogniste szaty, i rozbierz się z płomieni. Gdy to mówił, utopił się duch w śniegu i stało się ciemno, gdy zgasnął. Więc pobiegł za nim Anhelli wołając: Powiedz mi nazwiska tych ludzi, którzy tu spoczywają przy tobie... Skoro to wyrzekł, usłyszał spod ziemi jakoby głosem tym, co był w ogniu, wychodzący długi szereg imion już zapomnianych. I obudził Anhellego Szaman mówiąc: Wróćmy do ludzi, grobowce bowiem powiedziały nam swoje tajemnice. I zeszli ze wzgórza mogił modląc się.
NOTATKA

Gdy zbliżali się ku cmentarzowi, Anhelli usłyszał hymn skarżących się mogił. Anioł siedzący na szczycie wzgórza musiał uciszać je trzy razy. Anhelli zapytał się Szamana, co to za anioł? Lecz ten nic mu nie odpowiedział i nadal zasypywał śniegiem ciała umarłych. Anhelli podszedł do Anioła i nagle padł jak martwy. Szaman po skończeniu zasypywania ciał, szukał go oczyma i nie widząc nigdzie poszedł na wzgórze. Po ujrzeniu ciała Anhellego podbiegł do niego i krzykną, ale poznawszy że młodzieniec żyje, ucieszył się. Gdy Anhelli wstał porozglądał się i spuścił głowę. Anhelli wyznał, że w Aniele widział swoją młodzieńczą miłość. Mówi, że nie wie po co żyje, Bóg o nim zapomniał, chce umrzeć. Po słowach Anhelli'ego Szaman mówi o Aniele: „Eloe, urodził się ze łzy Chrystusowej na Golgocie, tej łzy, która wylana była nad narodami”. Gdzie indziej mówi się, że to Anielica, wnuczka Maryi Panny, która zgrzeszyła „ulitowawszy się nad męką ciemnych Cherubinów i umiłowała jednego z nich i poleciała za nim w ciemność”. A Teraz jest wygnana, umiłowała mogiły i mówi kościom: „Nie skarżcie się, lecz śpijcie”. Tak mówił Szaman i podniósł jedną z czaszek w której było rodzeństwo małych ptasząt, które wyciągały główki przez miejsca, gdzie były oczy ludzkie. Rozgniewany Anhelli wziął czaszkę i rzucił o ziemię mówiąc: "Precz, kościele zhańbiony" i wtedy z ziemi wyszedł płomień, który staną przed nimi i wyglądał jak człowiek w ubraniu biskupim, po czym rzekł: "Oto przyszliście ruszać umarłe, czyż nie dosyć trupom wichry mieć nad sobą i zapomnienie?" Po tym Anhelli zaczął przepraszać go i błagać aby nie przeklinał go i postać zniknęła.
ROZDZIAŁ XII

A gdy przyszli pod dom wygnańców, usłyszeli zgiełk wielki, i śmiech, i wrzaski, i szczękanie kielichów i brudne pieśni; a stanąwszy Szaman pod oknami słuchał, nim wszedł do tej jaskini nieszczęścia. A gdy się ukazał pośród zgrai, ucichła; poznano bowiem człowieka silnego w Bogu, i nie śmiano mu się urągać. A podniósłszy Szaman oczy błyszczące, zaczął mówić zapalając się w smutku. Cóżeście uczynili, rzekł, beze mnie? Widziałem waszą Golgotę. Biada wam! A nie zostanę z wami, lecz to, co powiem, zostanie z wami. Bądźcie potępieni, kłótliwi ludzie. Wichry rozsiewają dębu nasiona i roznoszą je po ziemi, lecz wichry te będą przeklęte, co wasze mowy i rady do ojczyzny zaniosą. Pomrzecie! Zbliża się wielki dzień, a żaden nie dożyje wieczora dnia tego. Zbliża się dzień sybirski i słońce zatracenia. Dlaczegożeście nie słuchali rad moich i nie żyli spokomie w zgodzie i miłości braterskiéj, jak przystoi na ludzi, którzy nie mają ojczyzny? Oto obraziliście ludy téj ziemi, i z oszczepami stoją czyhając na was; psy ich nawet czyhają, aby z was którego ro-zedrzćć. Spotkałże z was kiedy kto Ostyjaka, i obszedł się z nim łagodnie i po ludzku? Zaprawdę! koło psa nie przeszedł żaden, nie uderzywszy go nogą jak węża. O ludzie bez pamięci i serca! Więc wstanie słońce i dzień przyniesie straszniéjszy niż ciemność, a ciszę okropniéjszą niż są burze na morzu, bo będziecie się lękać sami siebie. A śnieg ten stanie się morzem, a fala jego zieloną będzie, a dom wasz ginącym będzie okrętem. Wyostrzcie wasze topory, bo potrzebne wam będą; a kto z was umie zabijać, jest człowiek pożyteczny. Zbliża się Wielkanoc i krzyż czerwony napiszecie na waszych wrotach, lecz jaką krwią? Zaprawdę, nie krwią baranka. Gdy to mówił Szaman, niektórzy się przelękli, lecz jeden z pijanych chwyciwszy za dzban gliniany, rzucił go na proroka i włos mu krwią poczerwienił. Ująwszy więc za topór Anhelli chciał się zemścić, ale go zatrzymał Szaman mówiąc: Bądź cierpliwa. Kto tu za rok powróci, będzie płakał nad nimi; dlaczegóż brać zemstę z tych, którzy jutro będą rzeczą godną litości. Boże, nie karz ich. Tak mówił, a jeden ze zgrai zawołał: Czarowniku, urzekłeś nas! oto dzban był pełny i wysechł. A inni zajrzawszy w dzbany, potwierdzili to zgodnie mówiąc: Odczaruj nas, albo cię ukarzemy śmiercią. I stał się wielki wrzask, i groźne podniosły się przeklinania; a jeden wziąwszy nóż wraził go w piersi Szamana, mówiąc: Oczarowałeś nas. Upadł starzec na ręce Anhellego, a ten go wyniósł z chaty, i pomogła mu młoda niewiasta Ellenai, która kiedyś była zbrodniarką. A gdy wyszli na miejsce oświecone gwiazdami, przemówił starzec: Nieście mnie blisko grobowców, bo już zasnę. Położyli go więc na jednéj z mogił, i zimno śniegu ożywiło go, a kobieta owinęła nogi jego włosami i trzymała je na łonie. I otworzywszy oczy starzec, zawołał po trzykroć: Anhelli! Anhełłi! Anhelli! a głos jego był smutny. I rzekł mu: Weź reny moje i pójdź na północ, znajdziesz mieszkanie w śniegu i spokojność. A będziesz żył mlekiem renów. Weź z sobą tę niewiastę, i niech ci ona będzie siostrą; ona mię ukochała w godzinę śmierci, więc nie chcę, aby zginęła jak tamci. Cóż ci mówić będę! Oto śmierć będzie mówić za mnie i wyręczy mię. Ja cię kochałem. Boś czysty był jak lilija biorąca z wody liście i kolory niewinne, boś mi był jak syn dobry. Nie smuć się aż do śmierci po zgonie ojczyzny twojéj... Ani płacz myśląc, że jéj nie zobaczysz; wszystko jest snem smutnym.Gdy tak mówił, usłyszał Anhelli stąpanie po śniegu i rzekł: Ktoś nadchodzi? Czy to śmierć stąpa głośno? Lecz był to ren, który stanąwszy nad umierającym panem, zadziwione oczy napełnił wielkiemi łzami; i odwrócił się od niego Szaman płacząc.A po chwili, przystąpiwszy doń Anhelli, wziął go za rękę i poczuł, że była martwa.Więc pochował starca w śniegu, i obróciwszy się do niewiasty, rzekł: Chceszli mnie wziąść za brata? chodź ze mną. A ta mu do nóg upadła mówiąc: Aniele mój! Podniósł ją z ziemi Anhelli, i udali się oboje na północ, a za niemi szli renowie Szamana, wiedząc, że za nowemi idą panami. A zaś Anhelli milczał, bo miał serce pełne łez i boleści.
NOTATKA

Gdy Anhelli i Szaman przyszli pod dom wygnańców, usłyszeli wielki śmiech, wrzaski, szczękanie kielichów i brudne pieśni. Szaman stanął pod oknami i nim wszedł do środka słuchał wrzaski wygnańców. Gdy wszedł do środka nagle zapadła cisza. Szaman zaczął wyklinać ich za tą Golgotę. Czynem swoim obrazili syberyjski lud, który przyjdzie ich wymordować w dzień syberyjski. Szaman przepowiada, że do wieczora wszyscy pomrą. Nagle ktoś zauważa, że dzbany wysechły – to czarownik rzucił na nich urok. Grożą Szamanowi śmiercią jeśli nie odczaruje ich. Jeden z nich dźgnął Szamana nożem. Anhelli wraz z Ellenai, niewiastą będącą kiedyś zbrodniarką, niosą starca na cmentarz. Tam Szaman poleca Anhelliemu by wziął reny i udał się do mieszkania na północy, ma żywić się ich mlekiem. Każe zabrać mu niewiastę, która odtąd będzie jego siostrą. Starzec umiera, Anhelli i Ellenai wraz z renami udają się w podróż na północ.



Wiersze



Leon Kapliński, Zgasły dla nas nadziei promienie,
[w:] Reduta. Romantyczna poezja niepodległościowa,
Kraków 1979, s 280.

Zgasły dla nas nadziei promienie,
Zanim zorza zaświeci nam blada,
Stańmy jako upiorów gromada,
We krwi wrogów nasyćmy pragnienie.

Wzgardźmy życiem tym marnie pędzonym,
Nam pioruny niech grają i gromy,
A na niebie od łuny czerwonym
Anioł śmierci przeleci widomy.

Cóż my winni, że kochać nie możem?
Gdy się wszystko tak płaszczy i karli,
My dla ziemskich rozkoszy umarli,
Żyjmy zemstą i świećmy ją nożem.

Albo lepiej precz z bronią, nożami,
Bo z nas każden nożowi zazdrości,
My pragniemy, własnymi zębami,
Szarpać ciało i kąsać do kości.

Czas już skargi i żale porzucić,
Bo wstyd czoła już od nich nam pali,
Czyż nie lepiej się zemstą rozjuszyć
We krwi niemieckiej i ścierwach Moskali.

W noc spokojną, do domów wpadniemy,
Gdzie szczęśliwi cichymi śpią snami,
Naszą pieśnią ich spokój skłóciemy,
Niech się zerwą, niech idą za nami.

Więc gdy zgasły nadziei promienie
Zanim zorza zaświeci nam blada,
Stańmy jako upiorów gromada,
We krwi wrogów nasyćmy pragnienie.-



Gustaw Ehrenberg - Podróż na Syberią,
[w:] Reduta. Romantyczna poezja niepodległościowa,
Kraków 1979, s 361.

Siadł zwoszczyk na przodzie, koń dzwonkiem zadzwonił,
Kibitka leciała, jakby wiatr ją gonił,
I Moskwy szerokie mijała ulice ;
Kacapy z brodami, rozdziawiwszy gęby :
„To Polak buntowszczyk !”- mówili przez zęby
I na minie zgłupiałe zwracali źrenice .

I ledwie czasami dziewica z uboczy
To na mnie nieśmiałe podnosiła oczy,
To znowu je na dół spuszczała w milczeniu,
I ledwie czasami żałośnie a dumnie
Młodzieniec, przechodząc, zwracał wzrok swój ku mnie,
A wiele słów było w tym jednym spojrzeniu!

Jam siedział rozparty w kibitce wspaniale
Kapelusz na bakier wcisnąłem niedbale
I lulkę-kochankę u swych ust uwiesił;
Rozsiadłem się lepiej, miejscem zajął szersze,
I takie zacząłem komponować wierze
(Lecz wprzódym kapelusz jeszcze głębiej wmiesił):

Oj! Jeszcze nie bieda, choć zima tak skrzepła
Kajdany na nogach? To tylko dla ciepła;
A straż ta z żołnierzy? To przeciw złodziejom.
Wszak człowiek powinien czoła nawałnicy
Odważnie nadstawić i na szubienicy
Dopiero pod stryczkiem, plunąć w pysk nadziejom.

Oj jeszcze nie bieda, póki lulkę palę
I póki mi jeszcze pozwolą Moskale
Ugaszać cierpienia w gęstych kłębów tłumnie;
Wszak tylko mil tysiąc, podróż niedaleka!
Więc jedźmy, więc jedźmy! Bo co mnie tam czeka,
Ach, tego mój język powiedzieć nie umie!

Oj jeszcze nie bieda; kraj pełen uroku:
Tam Włochy są z lodu, tam noc trwa pół roku,
Tam śliczne dziewice jak klocki dębowe.
Dusze gorejące zawsze niebezpieczne;
Więc lepsze nam śniegi i mrozy odwieczne,
I lepsze pałace podziemne, grobowe.

Oj! Jeszcze nie bieda; kraina to śliczna
Tam kwitnie szczególniej sztuka dramatyczna,
Tam co dzień tragedie, morderstwa i męki;
Muzyką sybirską miły brzęk łańcucha
I razy batogów przyjemne dla ucha,
I „hura” Kirgizów, Kirgizów Polaków, jęki!

Jam siedział rozparty w kibitce wspaniale,
Kapelusz na bakier wcisnąwszy niedbale,
Jam lulkę-kochankę u mych ust uwiesił;
Rozsiadłem się lepiej, miejsce-m zajął szersze,
A kiedy skończyłem komponować wiersze,
Jam na łeb kapelusz jeszcze głębiej wmiesił




Stefan Garczyński - Grobowiec na granicach Syberii
[w] Reduta Romantyczna poezja niepodległościowa
Kraków 1979 s 363-366



Obyście nigdy nie znali tych krajów
Gdzie wieczna zima mrozem ścina dusze,
Gdzie gwałt i hańba – męczarnie - katusze,
Prawem narodu-godłem obyczajów;
Obyście nigdy nie znali tych krajów!

Między wiecznością i życiem doczesnem,
Jeżeli wiara i nadzieja nie snem,
Zbawienia chwila jest w skonu godzinie;
Ale kto na wschód z zachodu popłynie,
Ten niech nadziei powrotu zaniecha!
Ach, kto raz dotknął nogę tej granicy,
Temu, zagasła nadzieja –pociecha!

Dziś nowy tysiąc prowadzą z zachodu.
Są to ostatnie pamiątki narodu
Który żył chwilę i zginął śród życia;
Są to ostatki okrętu z rozbicia
Płynące – kędy – żagiel burzy spycha.
Każdy w kajdanach wiedziony od kata;
Ubiór ich płachta podarta i licha,
Gospodą, w śniegach zakopana chata.

Młodzi są wszyscy – wszyscy przecież już godłem
Starości każdy dotknięty na twarzy;
Oko bez ognia – twarz blada i cicha –
Pamięć jedynym serca, ducha źródłem.
Z niej, jako z rogów złoconych ofiara, -
Szczęśliwa jeszcze, gdy się pysznić umie,
I w najemników pasożytnym tłumie,
Pogardza carem i służalcem cara!

Upływał trzeci tydzień ich podróży
Połowa w drodze zasypana śniegiem
Zmarła na zawsze – a reszta najdłużej
Jutro w Syberii – Nad Uralu brzegiem,
Stanęli dzisiaj ostatnim noclegiem.

Noc była mroźna – na ziemi szeroko
Jak tylko może sięgnąć ludzkie oko,
Blado – okropnie – i na niebie blado.
Gwiazdy w mgle nocnej wisiały bez blasku;
Wokoło śpiących przy ogniska trzasku
Sterczały piki – tu znużone stado
Tatarskich koni, grzebiąc mech kopytem,
Błądzi po polu – dalej straż kozacka –
Księżyc się czasem za Uralu szczytem
Pokaże nagle, to ginie znienacka. –
Jutro znów pochód za najpierwszym świtem.

Zasnęli – cicho – szczęk kajdan i broni,
Czasami tylko niewyraźnie dzwoni;
Albo przez usta senne niewolnika,
Imię się jakieś na wiatry wymyka.
O sny, marzeni, wy skarby człowieka!
Wasza opieka jak słońca opieka!
Świata całego ubieracie twory
W suknie jasności, w tęczowe kolory,
Któż by chciał twierdzić, że słoneczne cudo,
I blask, i kolor, spojrzenia ułudą?
Albo gdy w nocy blask niknie z pomroką,
Że nierzetelnym w dnie było oko?

Dwóch przecież nie śpi – na starszego łonie
Młodszy - brat może – głową swą oparty,
Leżał i milczał. – Starszy, łzy na stronie
Długo ocierał – w końcu płaszcz podarty
Z siebie zdjął nagle – i drżącego ciało
Okrywa – tuli-lecz milczeli oba,
Jednemu pewnie na słowo nie stało,
Drugiemu usta zamyka żałoba.

Usta milczały-lecz usta milczące
Język uczucia mają za rozmowę,
Tkliwszą nad zimnych wyrażeń tysiące!
Tak więc na głowę swego przyjaciela
Przyjaciel starszy opuszcza swą głowę,
Tchnieniem gorącym tchnienia mu udziela;
Usta przycisnął miękkim całowaniem,
Rękę przycisnął ręką swoją drżącą;
On by chciał ducha – życie i gorąco;
Wyciągnąć z siebie i rozesłać na nim!

„Ty mnie nic kochasz, umierasz beze mnie”
Rzekł wreszcie z płaczem ów starszy młodzieniec-
„Gdym cię rodzicom wydzierał tajemnie,
Ze mną męczeński chciałaś dzielić wieniec,
Ze mną przysięgłaś żyć, umierać razem!-
Uciesz kochanka jedynym wyrazem,
Powiedz, że żyjesz – kochasz – żeś moją!”-

Próżno! – Przelotny na licach rumieniec
Błysnął na twarzy, jak w nieba przeźroczy
Zachodnim słońcem chmury się ustroją,
I znowu czarne – w słup zbłądzono oczy
Skryły się nagle w powiece otwartej;
Usta jej sine – przestała oddychać-
Ale i żalów kochanka nie słychać.

I cicho znowu – aż z rana, gdy warty
Znak do pochodu dały obozowi,
Gdy niewolnicy stanęli gotowi,
Dwóch tylko z miejsca swego się nie ruszy;
Przybiegli – patrzą – oboje bez duszy.
Zakrzepłe ręce trzymały się silnie,
Usta spojone w całowaniu stygły
Oczy na siebie wytężone zgasły
I tak są razem – jako nieomylnie
Żelazo leci do magnesu igły
Albo w bój hufce, znajomymi hasły!-

Śród dzikich stepów grób im wykopano.
Grób ich granicznym zostanie kamieniem,
Może i kiedyś zbawcami zostaną!
Bo słońce swobód, wiecznym przeznaczeniem,
Miłości ofiar wygrzane płomieniem!


Literatura XX w.



Wybrane utwory poetyckie Sybiraków



Rodzinny dom

Tak krótko rodzinny dom miałam
Tylko przez dziewięć lat.
W czterdziestym – Syberia daleka
Przez długich, okrutnych sześć lat.


Ten dom mój rodzinny, wspaniały
Jak bajka, jak piękny sen;
Ja byłam królewną w tym domu
Do dziś tak zdaje mi się.


Sowieci mi ojca zabrali
I nie widziałam Go już,
Rodzinę na Sybir wygnali,
Tu został rodzinny mój dom.


Chcieli nas zniszczyć, złamać,
Zagładą grozili wciąż,
A myśmy tam nawet walczyli
O NASZ RODZINNY DOM.


Wciąż mało mi było zemsty,
Że Polak to dumny Pan,
Nie tylko na Sybir wywieźli -
W dodatku więcili nas tam.


Jak gdyby Sybir – to mało!
Dalekie więzienie bez krat!
To osadzili za kraty
Stępowych, więziennych cel.


Mało jednego zesłania
Gdyż Polak kajdany rwie,
Trzeba – i cele zapełni,
I obozowy step.

Krystyna Świerniak - Mateuszuk, Rodzinny dom,
[W:] 100 wierszy, Lublin 1994, s. 7


Wydarto

Z ziemi białostockiej nas wydarto
Wydarto – jak zwykły chwast
Umierające dziecko i starca,
Który już został tam.


Złożyliśmy w ziemi Syberii
Dziadka co skończył swój los;
Tak bardzo daleko od Kraju.
Jakiż okrutny to cios.


Nawet miał trumnę drewnianą,
Drewniany ostatni swój krzyż,
Mogiłę na stepie Syberii,
Nawet i kondukt był.


Wszak był to kondukt wygnańców,
Wyrwanych z rodzinnych gniazd,
Skazanych na wieczną niedolę,
Skazanych po wieczny czas.

Krystyna Świrniak – Mateuszuk, Wydarto,[W:]
100 wierszy, Lublin 1994, s. 9


W Krakowie, Warszawie, Puławach

To duży konfort psychiczny,
Że myśli umieścić dziś mam
Przy moich kolegach z Syberii
Są – i mieszkają gdzieś tam


W Krakowie, w Warszawie, w Puławach;
W Lublinie było ich dwóch -
Teraz pozostał już jeden;
Jasia – zabrał nam Bóg


Została pustka po Jasiu,
Nie przyjdzie odwiedzić mnie już.
Zostałą kartka – życzenia
I garstka wspomnień – cóż...


Trzeba się z losem pogodzić,
Wspomnień – jak talizmanu strzec,
Została tylko ta kartka
W niej jedno zdanie jest.
Krystyna Świrniak – Mateuszuk, W Krakowie,
Warszawie, Puławach,[W:] 100 wierszy, Lublin 1994, s. 10


Smutek

Pochylił mnie wielki smutek
W dłoniach ukryłam twarz,
Odszedł Przyjaciel z Syberii
Tym razem – Jasio nasz.


Grudzień na świat Go przyniósł
I grudzień zabrał też
Tak nagle - samotności
Nadszedł życia kres.
Krystyna Świrniak – Mateuszuk, Smutek,
[W:] 100 wierszy, Lublin 1994, s. 17




Wolni

Byliśmy wówczas wolni
Jak wolny bywa ptak,
Skrzydła rodzice mieli
Nam było lotek brak.


Lotki nam nie urosły
Zły wicher na Sybir gna,
Stalin nas z gniazd wypędził
Hajda na Sybir, hajda


W wagonach nas zamknięto
Jak w klatce siedzi ptak,
W wagonach okna – kraty
Hajda na Sybir, hajda.


Ta podróż trwała długo,
Niejeden zasnął ptak,
Ptak – to przenośnia przecież
To był nie jeden z nas.


Więziły nas kajdany
Przenośnia to jest wszak,
Mówiliśmy ciągle szeptem
Strach ściskał gardła nam.


Żyjemy z piętnem Syberii
Boimy się głodu, wszy
Każdą kruszynę chleba
Zbieramy skrzętnie do dziś.
Krystyna Świrniak – Mateuszuk, Wolni,
[W:] 100 wierszy, Lublin 1994, s. 17


Opracował:Jakub Borys Klasa III D Gimnazjum Nr.5 w Zamościu

 

Poezja Sybiraków w XX w.




Marsz Sybiraków

Z miast kresowych, wschodnich osad i wsi,
Z rezydencji, białych dworków i chat,
Myśmy wciąż do Niepodległej szli,
Szli z uporem, ponad dwieście lat


Wydłużyli drogę carscy kaci,
Przez Syberię, wiódł najkrótszy szlak
I w kajdanach szli konfederaci
Mogiłami znacząc do polski trakt...


Z Insurekcji Kościuszkowskiej, z powstań dwóch
Szkół, barykad Warszawy i Łodzi;
Konradowski unosił się duch
I nam marszu do Polski przewodził


A myśmy szli i szli-dziesiątkowani!
Przez tajgę, stepy-plątaniną dróg!
A myśmy szli i szli-niepokonani!
Aż cud nad Wisłą darował nam Bóg


Z miast kresowych, wschodnich osad i wsi,
Szkół, urzędów, kamienic, i chat:
Myśmy znów do Niepodległej szli,
Jak z zaboru, sprzed dwudziestu lat.


Bo od września, od siedemnastego,
Dłuższą drogą znów szedł każdy z nas:
Przez lód spod bieguna północnego,
Przez Łubiankę, przez Katyński Las!


Na nieludzkiej ziemi znowu polski trakt
Wyznaczyły bezimienne krzyże...
Nie zatrzymał nas czerwony kat,
Bo przed nami Polska - coraz bliżej!


I myśmy szli i szli - dziesiątkowani!
Choć zdradą pragnął nas podzielić wróg...
I przez Ludową przeszliśmy - niepokonani
Aż Wolną Polskę raczył wrócić Bóg!!!



Marian Jonkajtys, Marsz Sybiraków „Zesłaniec” 2007, s.36.


GUŁAG

Straszne to były te trzydzieste lata,
Zgrozą napawał gułag,
Strach przed wygnaniem, życie za kratą
Temu, kto otrzymał miano – kułak
Taki już nie zostawał we wsi rodzinnej
I na codzienny nie patrzał trud
Ze swą rodziną, jak on niewinną,
Był wywożony siłą na wschód
Ziemie ojczyste cenił ponad życie,
Lecz na obcej i zimnej czekał nań dach...
Cichy chlebosiej, co wstawał o świcie,
Tłumił w swym sercu gorycz i strach.
Tłumił swą krzywdę, na Sybir wtrącony,
Z rozpaczą słuchał ryku swych krów,
Od wschodu szły słońca eszelony
Brzemienne jękiem dzieci i wdów...
Zabrać ze sobą im nic nie dano,
Dławiącą boleść tylko i łzy
Za co, ach za co nam życie złamano ?!


Wola Stalina i Strażnik zły!
Z uczuciem bólu, strachu, pokory
Człowiek przemienił się w martwy słup...
Zostawił pól swych miłe ugory,
A na cmentarzach ojców swych grób.
Zostawił swoje rodzinne progi,
Targał wiatr nocą otwarte drzwi,
Stary pies cicho skomlił u drogi,
I czekał sierocych dni...
A z kazachstańskich dalekich odłogów
Szły rzadkie listy do krewnych, miast,
Krewni zaś, aby nie ujść za wrogów,
Sami się kryli w cieniu jak chwast.
U mnogich w tamte tragiczne lata
Ktoś był zabrany „jako wróg”
Też za więzienną przebywał kratą
I już nie wrócił w domowy próg
Któż mógł uwierzyć w to, że ich dzieci,
Którym im życie ocalił los,
Będą znów mogły żyć wolno na świecie,
Że przebudowa podniosła głos...


Przecież minęło dobre pół wieku,
A wciąż czekamy. Nadszedł już czas,
By śmiało głosić prawdę wśród nas.


Bronisława Pawluk, Gułag ”My Sybiracy” 1998, nr 9, s. 42-43.



GŁÓD

Codziennie rano
Szła matka po parę kromek chleba,
Na które czekaliśmy od wczoraj,
Nie mogąc myśleć o niczym innym
Wydzielając po jednej
Z niknącej
Po każdym cięciu noża
Czarnej zimnej cegiełki
Nie oszczędziła tylko łez,
Których nigdy jej nie brakowało.

Ks. Józef Buczma, Głód „Sybirak” 2007, nr 33, s. 126.



KOZIELSKA PANI

Tęskniąc wielką truty za kolczastym drutem,
Skąd tylko Twoja łaska mogła go obalić -
W drzewie więzień-artysta wyrzeźbił Cię dłutem
Aby mogli przed Tobą , Pani się użalić.
Ile razy z barłogów,długą ciemną nocą ,
Ku Tobie myśli biegły rozpaczą przeżarte,
Że aż pewnie aniołom przykazałaś z mocą
Nad życiem niewolników czujną pełnić watę.
Jak Bóg wywiódł Mojżesza z egipskiej niewoli,
Tak Ty,Święta , wywiodłaś nas ze złej krainy,
Kładąc kres poniewierce i złej ludzkiej doli,
Którą los nas pokarał,choć nie było winy!
Jeno tamtym z Katynia ręka bronią zbrojna
Młode życie zabrała,bo tak wróg miał w planie,
A więc Pani z Kozielska, miłością serc strojna,
O tych „ziemi nieludzkiej” miej w niebie staranie!


Mieczysław Kierklo,
Kozielska Pani „Sybirak” 2002, nr28, s. 128.



MODLITWA Z ZESŁANIA

Widzimy Cię Matko, jak przez węgla bryły
Idziesz ku nam jasna i wyciągasz dłonie,
Wzrokiem koisz rany, które już krwawiły
I ocierasz z potu perlące się skronie.
I gną się przed Tobą zbolałe kolana,
Chylą do stóp Twoich spracowane czoła,
A Ty idziesz wolna, z uśmiechem, świetlana
I kwiaty nadziei rozsiewasz dokoła.
Koronę Ci z bryły węgla wykujemy,
Płaszcz przetkamy pasmem cierpień i niedoli,
I naszą Królową odtąd zwać będziemy,
Królową szachciorów z moskiewskiej niewoli.
Nie gardź nami Matko, choć na nas łachmany
Poszarpane, brudne często krwi śladami,
Choć z nas sobie szydzą, żeśmy „polskie pany”,
Królowo szachciorów opiekuj się nami.
Kraju broniliśmy wszelkimi siłami,
Nie chcieliśmy oddać swojej Ojcowizny,
Dziś głodni, upodleni, błagamy ze łzami
Królowo szachciorów wróć nas do Ojczyzny!


Modlitwa żołnierzy Armii Krajowej powstała
w sowieckiej niewoli podczas pracy w kopalniach węgla kamiennego.
Autor nieznany,
Modlitwa z zesłania „Sybirak” 2002, nr 28, s. 129.